Był to mój 42 dzień pobytu w Holandii.
17.07.2015 roku ( piątek), godzina 9:50, dworzec w Rotterdamie.
Przed godziną dziesiątą żółty pociąg wjechał na stację Rotterdam.
Nie miałem pojęcia, gdzie co jest a tym bardziej gdzie mam iść.
Sprawdziłem pociąg powrotny i gotowy ruszyłem przed siebie.
Czy widziałem muzea? - nie.
Czy byłem w samym centrum? - być może, sam nie jestem tego pewien.
Czy jeździłem tramwajem? - nie.
Minąłem właśnie budynek, który był w trakcie budowy kiedy usłyszałem wybicie zegara.
10- pomyślałem i udałem się w stronę portu.
Krzywe bloki - biurowce?, pojawiły się przed moimi oczami. Z mojej prawe trony znajdował się podnoszony i opuszczany most, a z prawej ,,pozawijany" i kręty.
Na wprost mnie była mała wysepka z domkami, wszedłem do środka wysepki, i jakbym się znalazł w zupełnie innym życiu i świecie. Trochę pochodziłem po niej i udałem się w stronę dużej katedry przed którą łaziły mewy.
Kilka kroków dalej odkryłem zamknięty budynek - coś w stylu zamkniętego bazaru czy hali targowej. Budynek znajdował się obok bloku, który wyglądem przypominał ogromną kredkę.
W środku czekały na mnie stosika z rybami, orzechami, kawą, herbata a co najważniejsze różnymi rodzajami serów, którym nie potrafiłem się oprzeć.
Nie wiedząc kiedy, jedząc rybę na plastikowej tacce, usłyszałem wybicie zegara. W tym momencie mój pobyt dobiegał końca. Musiałem się powoli zbierać bo czas mnie gonił.
Nie wiedziałem zbyt wiele, nie zwiedziłem muzeów,jednak wcale mnie to nie martwi.
Ktoś kiedyś powiedział mi, że nie można zobaczyć wszystkiego za pierwszym razem.
Wracając zrobiłem jeszcze zdjęcie staremu tramwajowi, który sobie krążył i kwiaciarni, którą minąłem idąc na dworzec.
Nie zobaczyłem wszystkiego, wręcz nawet mogę powiedzieć, że więcej nie widziałem niż widziałem dlatego mam nadzieję, że uda mi się tu jeszcze kiedyś przyjechać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz