Z Eindhoven do Hagi (po holendersku Den Haag) przyjechałem przed pierwszą po południu.
W swoim notesie miałem zapisane tylko kilka nazw hotelu i ulice na których się znajdowały, ale w ogóle mi to nic nie mówiło. Potrzebowałem noclegu na dwie noce.
Nie miałem też konkretnego pomysłu co chcę zwiedzić w Hadze, gdzie pójść.
Wyszedłem z dworca kolejowego i udałem się przed siebie.
Z fioletową walizką na kółkach doczłapałem do informacji turystycznej.
Trochę się kręciłem przy niej szukając wejścia, którego w końcu nie znalazłem.
Mając dość krążenia dookoła okrągłego budynku, udałem się na najbliższy przystanek tramwajowy.
Wyjąłem ponownie swój notesik z nazwami ulic i moteli i powoli zacząłem szukać ich na rozkładzie jazdy. Po nie długiej chwili udało mi się znaleźć jedną z ulic, na której miał znajdować się jakiś motel.
Akurat na przystanek podjechać stary tramwaj koloru kremowego lini numer 1. Bez chwili namysłu wsiadłem do niego. Tak znalazłem się w dzielnicy nad morzem, w której spędziłem dwa następne dni. Motel znajdował się w uliczce prowadzącej na plażę.
Chociaż nie wyglądał zachęcająco i tak się w nim zatrzymałem. Do wyboru miałem pokój sześcioosobowy i dwudziestoczteroosobowy. Wybrałem szóstkę.
Zostawiłem torbę w pokoju i poszedłem prosto na plażę. Dochodziła czwarta (po południu). Na plaży znajdowało się całe mnóstwo kawiarenek i budek, gdzie można było kupić świeżą rybę.
Kupiłem zestaw rybny i usiadłem na ławce mając przed sobą falujące morze a po bokach śmieszne ludziki.
Nagle niebo się zaniosło chmurami tak jakby miało się rozpadać, więc postanowiłem jeszcze wejść na coś w rodzaju mola.
Ah! - trochę wiało.
Zrobiłem kilka zdjęć plaży i zszedłem z mola. W międzyczasie się rozpogodziło i znowu świeciło słońce.
Przeszedłem brzegiem plaży i usiadłem na betonowej ławce. I tak oto znalazłem się na plaży. Delikatny wiatr sobie dmuchał, a przede mną miałem teraz widok falującego morza na tle pomarańczowego słońca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz